Abstrakcje:

Sojusznicy
Targuję się o prawdę o każdy wiersz
o racje której może nie mam
czynię wszystko tak żeby ją mieć
Zbieram sojuszników z nimi łatwiej
oszukać dobro w zło
moi Barbarzyńcy
Ani się obejrzałem jak przyszli
Rozsiedli się w ławkach kościelnych i na urzędach
Minęło zaledwie kilka lat Czas za szybko mija
Dopiero co poznałem świat
​Leżał w gruzach i trzeba było brać się z nim
za bary żeby odbudować miasta
Wydawało się że powinno być tylko lepiej
i już możemy rozmawiać z ludźmi o pięknie
dobru tak jakbyśmy się przygotowywali
na przyjście tego co nas nagrodzi
A oni tak jak zawsze wynurzyli się z mroku
kieszenie wypchane dyplomami
usta opowiadają prawa a miłości nie znają
Nie zza morza nie z wrogiego kraju
ale okazali się nimi ci co z nami śpiewali pieśni
stawali w kolejkach za chlebem cukrem i mięsem
Teraz kiedy tego nie brakuje
kłócą się o kropkę na końcu zdania
Osty
Brakuje poezji wszędzie poeci
Nie ma miłości sami kochankowie
Czy jest ojczyzna jeżeli wokoło
żołnierze
Bóg jeżeli kapłani wyglądają zza każdego węgle
i wygrażają palcem A świat sobie
bez celu zmierza
Wśród drzew wierszy wysuszonych motyli
z Bogiem zagubionym na miedzy
jak porzucony płód
Martwimy Się o to co będzie po śmierci
​A tymczasem osty zarastają widok z okna
i kochanek nie powraca a przecież mógłby
tak po prostu przyjść objąć i posadzić
na huśtawce żeby wirowały ziemia i niebo
Studnia
Nie wychodzę z miasta by atakować obóz oblegających
Jestem obrońcą Trwam na posterunku
zdaje się że od zawsze Szukam mi podobnych
wśród tych co piszą raporty Tych
co pomiędzy zwłokami uważnie stawiają stopy
żeby nikogo nie pominąć Każdemu należy się chwila
uwagi Tym co są za bezwarunkową kapitulacją
jak i tym co stoją na murach
Siedząc przy jednym stole
każdym dniem oddalamy się od siebie
Niby łączy nas metryka urodzenia
wspomnienia wypadów na pobliskie wzgórze Ale
żony różne gotują ziółka Chorób jest wiele
i każdemu przypnie się łatkę śmiertelnej
Próbuje być obecny Podać dłoń
Porozmawiać z wychodzącymi z ciemności
i wchodzącymi w mrok